Wszyscy jesteśmy sprzedawcami

Portale społecznościowe całkowicie zdominowały komunikację międzyludzką. Jest to najprostszy, a dla niektórych – jedyny, sposób na autopromocję. To w jaki sposób się prezentujemy na wybranych portalach, zostało już niejednokrotnie skomentowane, zbadane przez masę socjologów i specjalistów od budowania wizerunku. Jest w Internecie wiele miejsc, na których możemy promować swoją osobę. Są to zwykle miejsca podzielone tematycznie: portale, na których nasza wizytówka stanowić będzie atut dla potencjalnych pracodawców, portale matrymonialne, korzystając z których, możemy znaleźć odpowiedniego partnera, także portale służące do wyeksponowania naszych talentów lub, za pomocą mikrowpisów,  informujące o tym co dzieje się u nas w danym momencie. Jest nasza-klasa, która – przynajmniej za czasów, kiedy miałam na niej konto – służyła tworzeniu albumów ze zdjęciami, które były później szeroko komentowane przez kolekcję znajomych. Podobno NK ma coraz więcej opcji do zaproponowania swoim użytkownikom. Przeniosłam się jednak – jak większość – na facebooka i to na nim bazując buduję dziś większość swoich obserwacji.

Są portale, które nie narzucają nikomu sposobu promocji, ale dzięki ludziom, którzy z nich korzystają, zdobywają odpowiednie dla siebie definicje. Są też portale, które ograniczają swoich użytkowników do narzuconego wzoru, same ustalając gdzie zaczyna się, a gdzie kończy linia przechwałek. Przykładowo na sympatii.pl, gdzie logują się ludzie pragnący uczuć, którymi darzyć je mają osoby o konkretnym profilu charakterologicznym, powstał pewien wzór prezentowania siebie. Wypełniamy więc puste miejsca przeznaczone na wpisanie: imienia, wieku, miasta, budowy ciała, koloru włosów i oczu, znaku zodiaku, wykształcenia i zawodu, wyznania, języków obcych, w których potrafimy komunikować się z innymi. Możemy też określić swój stosunek do papierosów i alkoholu, powiedzieć czy mamy i czy mieć chcemy dzieci, no i przede wszystkim kogo/czego szukamy na sympatii. Jest jeszcze inna opcja, z której nie wszyscy jednak korzystają. Można w niej własnymi słowami opisać siebie i swojego wymarzonego kandydata. Obserwując kilka losowo wybranych profili zauważam, że i tu zapanował pewien schemat. Ten kandydat opisany jest głównie przymiotnikami występującymi po przecinku. Osoby mniej wymagające chcą by partner był odważny, szczery i miał poczucie humoru. Osoby wymagające więcej dodają, że musi być czuły, namiętny, pożądliwy, spontaniczny i odpowiedzialny. Zaś sposób prezentowania siebie to wciąż, jakbyśmy zatrzymali się w czasie kilkanaście lat temu: jestem szalonym baranem, lubię przygodę i dobrą zabawę. Ewentualnym odstępstwem od tej zasady jest albo ton oficjalny zaakcentowany słowami „tylko poważne oferty” albo erotyczna hulanka przesiąknięta niby dwuznacznością. Jest też oczywiście możliwość wklejenia fotografii. Te także uderzają w dostępne dwa tony.

Podobnie było z NK. Choć inaczej się zaczęło i miało zupełnie inny cel. O ile sympatia gromadziła ludzi chcących się zakochać, o tyle NK miała założenie zgromadzić tych, których ścieżki rozeszły się po ukończeniu szkoły. Tak czy siak, obydwa portale znalazły się w tym samym punkcie. Jedyne co oferują, to erotyzm w mniej lub bardziej żenującym wydaniu. Wszyscy znamy te fotografie z łazienką w tle, prężące się w roznegliżowaniu ciała ujęte w kadr niby spontanicznie, wypięte do obiektywu biusty i skapujące błyszczkiem usta. To jeden ze sposobów promocji.

Skoncentrujmy się na facebooku. Zaczęło się niewinnie. Były zdjęcia, skromne wpisy starannie odsączone od wszystkiego, co prywatne. Szał zaczął się później. Kiedy nagminnie zaczęły powstawać grupy o odważnie brzmiących nazwach: Bozia, kac kupa, rzyganie jest glamour. W ciągu dnia powstają ich setki i bardzo szybko rozbiegają się po całym facebooku. Sami tworzyć ich możemy na pęczki. Są do zaakceptowania strony absurdalne i śmieszne: popieram zakaz palenia w Internecie; kocham patrzeć, jak patrzysz, czy patrzę; Zamiast podnosić VAT nie podnoście VAT-u; …i owoc żywota Twojego je ZUS. Możemy także stawać się fanami konkretnych miejsc, artystów, produktów żywnościowych. Bywa i poważnie, kiedy gromadzenie pewnych grup pozwala nam obcować z produktami marki, którą podziwiamy. Facebook pozwala nam zaczytywać się w wiadomościach z kraju i ze świata. Dostarcza informacji o koncertach znanych i nieznanych muzyków, zaprasza na spotkania w muzeum, teatrze, kinie. Słowem: akceptując zaproszenie danej grupy dostajemy odpowiednią ilość wiadomości, co w danej grupie się dzieje. Im więcej stron polubimy, tym więcej informacji możemy wyłowić. Znajdziemy tam przecież poważne grupy, których gromadzenie pozwala innym stwierdzić, jaką lubimy muzykę, książkę, czasopismo itd. Wszystko to w jakiś sposób buduje obraz naszej osoby. Jasne, że nie wszystko jest na serio, ale dzięki tym żartom pokazujemy innym, dokąd sięgają granice naszego poczucia humoru.

Facebook wyzwolił w ludziach potrzebę dzielenia się z innymi informacjami na własny temat. Tworząc na swoim profilu dany opis, opowiadający o tym co aktualnie robimy/czujemy, na co mamy ochotę lub co nas poirytowało, możemy spodziewać się komentarzy lub akceptacji treści. Gromadzenie tzw. lajków zazwyczaj poprawia nastrój osoby piszącej post i utwierdza go w przekonaniu, że ma stały kontakt z grupą ludzi, której być może nie widział od bardzo dawna. A jeśli za grupą tęskni może zorganizować naprędce spotkanie, budując wydarzenie, które ich o tym poinformuje.

Co najdziwniejsze, facebook zdobył taką popularność, że obecnie stałym sloganem stało się „widziałem/czytałem na fb”. Jest to źródło niepodważalnej prawdy. Do tego stopnia, że jeśli ktoś napisze coś na swoim Wallu można odnieść się do tego jako do wyznania, które nie może być bzdurą. Inna sprawa, jeśli kogoś nie ma na fb musi być socjopatą. Bądź nudziarzem.

Dostępne są różne sposoby ujawniania naszej prywatności. Możemy zablokować drzewo genealogiczne, by matki/ciotki nie dowiedziały się o naszych nałogach czy innych złych nawykach. Możemy ukryć dane informacje przed wybranymi osobami. Niedostępne dla wszystkich mogą stać się nasze fotografie, komentarze, które rozsyłamy po znajomych, status związku czy lubiane strony.

Tak czy siak, niedostępne bliskim, informacje o nas grupowane są w ‘katalogi’, które służą badaniu statystyk. Taka a taka populacja lubi to a tamto. Konkretny fanpage sprawdza się tak i tak, więc na podstawie jego aktywności budować możemy podobne, zrzeszając ludzi do uczestniczenia w projekcie, o którego celach wiedzą głównie jego założyciele. Facebook to manipulacja. Dobra zabawa, ale i zgoda na to by stale poddawano nas próbom. Widzimy konkretną grupę i jeśli w jakiś sposób do nas przemawia, wzbudzając śmiech czy powodując zadumę, klikamy ‘I like’ i już możemy być badani pod kątem danej grupy. Nie twierdzę też, że stale nas inwigilują. Facebook to przestrzeń tak obszerna, że miną lata zanim ktoś ubierze to w definiowalne akapity.

Autor:
Hanna Ha
Strony internetowe dla firm - szybko i za darmo!